Chojniki 11.03.2026
Marzec trochę oszukuje. I nęci.
Niby już ciepło, można bezpiecznie wyjść w niewyprasowanym jeszcze prochowcu, a nad ranem jednak para leci z ust…
Marzec został obligatoryjnie ochrzczony miesiącem kobiet. Na afiszach motywujące treści, w witrynach kolorowe ubrania i moje pytanie, raczej retoryczne: Co oni wiedzą o kobietach?

W poniedziałek, na samym początku marca, wchodzę w układ ze sobą. Próbuję i sprawdzam. Rozglądam się i szukam. Obserwuję i wnioskuję. Bez założeń i oczekiwań. Z radością, że się dzieje. Już za chwilę pakuję turkusową torbę basenową i jadę pływać.
Gdy zanurzam się pod wodą i w końcu wypływam, biorąc potężny haust powietrza, czuję radość. Wypływam w blasku porannego, wczesnowiosennego słońca. Czy tak właśnie czuli się bohaterowie Wielkiego błękitu?

Woda zaskakująco ciepła – nie tyle mnie orzeźwia, ile wchłania do środka. Na dnie równe, kwadratowe kafelki i czarna, niekończąca się linia, nadająca kierunek i trzymająca granicę.
Planowałam tę wycieczkę od dawna, od zeszłego roku. Poległam na popołudniowym spotkaniu kolorowych czepków, które niczym ufoludki opanowały w sumie niewielki kompleks sportowy. Pokonały mnie piski, śmiechy, ruch obustronny i wahadłowy, suszenie włosów i trzaskanie drzwiczkami. Nie miałam gdzie zaparkować wzroku – podobno, gdy się kręci w głowie, trzeba koniecznie patrzeć na jeden nieruchomy punkt. Woda rozlewała się wszędzie, nie pomagał też zapach – nieprzyjemny, wilgotny i stęchły.
Dzisiaj jest inaczej: ciepło – tak, jak lubię, słonecznie – tak, jak lubię, z fajnym człowiekiem obok – tak, jak lubię.
Nieprzypadkowo wyobraźnia podsuwa mi obraz Wielkiego błękitu. Obejrzałam film niespełna trzy tygodnie temu. Pominęłam opinie zarówno krytyków, jak i niektórych widzów. Od pierwszych sekund, gdy tylko usłyszałam muzykę Erica Serry, łzy napłynęły mi do oczu. Wiedziałam, że tak będzie, po to chodzę do kina.
Moje odczuwanie wchodzi w inną przestrzeń, w inną warstwę. Bez żadnego problemu zanurzam się w błękitną toń, prawie czuję ból w płucach gdy wynurza się Enzo Molinari – mój ulubiony bohater w tym filmie. Kolejne łzy toczą się po policzkach i kolejne. Napływają z wiadomych tylko dla mnie powodów. Tęsknota za czymś, co otula, obejmuje i zasysa do środka. Czuję się wzruszona i smutna jednocześnie. Nie chcę się wynurzać.
„It’s much better down there” , słowa Enzo są dla mnie kwintesencją życia w zachwycie i wyborem tego, co nieuchronnie zabierze Cię życiu. Paradoks, któremu w pewnych okolicznościach można się poddać.
Nie muszę być krytykiem, żeby docenić niemożliwie piękne zdjęcia. Nie muszę być psychologiem, żeby wiedzieć, że człowiek bywa samotny w życiu tak bardzo, że tworzy alternatywną rzeczywistość. Nie muszę być filozofem, żeby wiedzieć jaki wpływ ma poczucie jedności ze światem przyrody – współistnienie w równości, przynależność i skończoność.
Nie muszę oglądać Wielkiego błękitu co dwa miesiące – wystarczą mi poniedziałki w stroju kąpielowym.
Pozdrawiam Cię.
Do następnego razu.
Asia
