Miałam dzisiaj rozpocząć pisanie.
Pisanie o nadzwyczajnej wrażliwości, o nadmiarze wszechobecnych bodźców, których tak
trudno pozbyć się w codzienności.
Miał być wpis merytoryczny, bezpieczny — bo jednak pierwszy, dziewiczy, rumieniący się
jeszcze.
Miałam rozpocząć słowami:
„Z pewną taką nieśmiałością…”.
Napisałam i… urwałam, bo jednak z pewną taką nieufnością przychodzę.
Tematyka dotykająca rozważań o wyższości modrych sójek nad blado wypadającymi w tym
zestawieniu, czarno-białymi srokami, nie każdego zainteresuje. Nie każdy się zatrzyma, a
jeśli nawet — to niekoniecznie doczyta. Nie każdy powinien nawet.
Dzisiaj słońce zakomunikowało — i to już o 6.48 rano — że czas na mnie. Że dziś się objawi
na niebie, odrzuci puchate cumulusy, poprosi wiatr na stronę, i zaświeci.
Tym bardziej korzystam. Zaczynam.

Chojniki, dn.19.02.2026
Znalazłam się w okolicznościach, w których nie umiem wybrać. Napisać o ogrodach, czy
pójść za sobą i napisać z ogrodu? Wkurza i smuci mnie jednocześnie, że w ogóle muszę
wybierać. A jeśli nie muszę, to jak to zrobić inaczej?
Wczoraj znowu potrzebowałam czytać o ogrodach. O kobietach i ogrodach. Złapałam się na
myślach o moim ogrodzie, o nasionach, cebulkach, o przemożnym pragnieniu grzebania w
ziemi, wychodzeniu na zewnątrz bezpiecznego i suchego od ciepła domu, codziennych
obchodach wąskich, nieformalnych ścieżek i zatrzymaniach przy odgniecionej trawie przez
niewiadomego gościa.
Myślę o podcinaniu… z pewnością nie o pieleniu. Do tego nie dorosłam jeszcze. Ale myślę o
końskim oborniku, którego mam pod dostatek, i założeniu kompostownika.
Boże! Chyba dzisiaj nawet śnił mi się ten kompostownik – stał na samym spiczastym cyplu
działki i łączył się z kompostownikiem mojej sąsiadki. Prawdopodobnie trzymali się za ręce.
Potrzebuję kompostownika!!! Ale dlaczego? Po co? Oprócz oczywistej pożyteczności,
dlaczego, czytając książkę o historiach kobiet nierozerwalnie związanych z historiami
ogrodów, moje myśli zerwały się jak gołębie na poznańskiej starówce popołudniową porą i
pikują nad rynkiem?
Zerwały się, drapią w głowę, nie chcą się uspokoić. Może przywabię je okruszkami
czerstwego chleba?
Oprócz kupienia cebulek frezji, nasion maciejki i groszku pachnącego latem, nawet kupna
rękawiczek zamkniętych jeszcze w górnej szufladzie – w końcu uwielbiam mieć paznokcie w
kolorze amsterdamskich tulipanów późną wiosną – nie przygotowałam ziemi.
Dzisiaj, choć słońce zaświeciło w końcu po latach szarego pobytu w ciepłych krajach, za
oknem rozsiadł się mróz. Minus 9, jak nic. Widać, że jest w ostatniej lutowej podróży.
Ewidentnie postanowił się zatrzymać, wypić winter charm z cytryną, nacieszyć smakiem
suszonych jabłek, zapachem goździków i cynamonu.
I siedzi. Zapadł się w moim ulubionym fotelu, i siedzi. Nie jest już mile widziany, jestem
zmęczona jego obecnością. O tej porze stał się nieproszonym gościem.
Hibernuję się jeszcze na parę dni, podobno w przyszłym tygodniu ma być odwilż. Czuję, że
tylko przygotowania do wielkiego wiosennego wybuchu trzymają mnie w objęciach, nie
pozwalając złamać się w pół.
Skupiam się na renowacji sprzętu – na razie w głowie robię przegląd sekatorów, nożyc,
cążków i łopatek. Do tej pory nie zwracałam uwagi na przechowywanie, impregnację czy
choćby czyszczenie dodatkowych par rąk do ogrodniczej pracy.
Zobaczę, czego potrzebuję, żeby bawić się w ogród, albo lepiej – czego potrzebuję, żeby
bawić się w ogrodzie.
Książkę Alice Vincent miałam wyciętą w miniaturze i schowaną w prawej szufladzie
drewnianego biurka. Czekała na wyjęcie, być może już zniecierpliwiona.
Gdy w mojej ukochanej bibliotece zobaczyłam Dlaczego kobiety uprawiają ogrody, nie
mogłam uwierzyć, że czeka na mnie w środku mroźnej zimy. Nawet bogatki i modraszki
przestały przylatywać na tłuste śniadanie.
Sięgnęłam po nią zamiast po nieoczywiste dylematy: kto zabił i dlaczego. Wybrałam opisy
kwitnienia, kompostowania, zbierania nasion i użyźniania gleby – często bezskutecznego.
Do czasu.

Pozdrawiam Cię.
Do następnego razu.
Asia
